Wasze świadectwa oraz znajomych mi par

świadectwa znajomych par na temat naprotechnologii

Małżeństwo z Kielecczyzny

Warto szukać przyczyn niepłodności

Staraliśmy się o dziecko po 3 rocznicy ślubu. Wcześniej skupiliśmy się na wykończeniu domu, stabilizacji zawodowej, leczeniu dolegliwości żołądkowych i dermatologicznych (trądzik) żony, ale też stabilizacji emocjonalnej i po prostu - na nacieszeniu się sobą nawzajem. Decyzja o staraniu się o dziecko nie była podyktowana zrealizowaniu wszystkich wyżej wymienionych celów młodego małżeństwa. Raczej świadomością, że czas nas nagli – żona zbliżała się do 29 urodzin, ja skończyłem 30.

W zasadzie już po kilku miesiącach było troszeczkę nerwów – dlaczego nie wychodzi. Żona przeczuwała, że coś jest nie tak, że to powiązane jest z jej trądzikiem i problemami żołądkowymi (częste wymioty, niestrawność, bóle głowy), których lekarze nie potrafią wyleczyć. W sumie ginekologicznie i endokrynologicznie wszystko było książkowo. Od kilku lat była pod kontrolą lekarzy, leczyła się m.in. na cysty na jajnikach, ale też brała retinoidy (na trądzik). Tym samym była zmuszona do zażywania środków hormonalnych (stosowanych również jako antykoncepcyjne).

Chcąc włożyć swoją cegiełkę do diagnozy naszych problemów, zrobiłem badanie nasienia. Szału nie było. Przede wszystkim była zbyt niska ruchliwość plemników (A i B ok. 10%). Poczułem, że problem tkwi we mnie. Badania dodatkowe na obecność bakterii wyszły jednak optymistycznie – wymaz z cewki, ani późniejszy posiew nasienia nie wykazał niczego niepokojącego. Choć z drugiej strony badanie nasienia niewiele się poprawiło po kuracji „witaminkowo-odzieżowej” (cynk, przewiewna odzież, komórka poza kieszenią spodni itp.). Owszem – poprawiła się znacząco liczba plemników, ale ruchliwość niewiele. Po czasie mogę powiedzieć, że radziłbym chłopakom robić badanie nasienia w dwóch niezależnych ośrodkach. Po półtora roku zrobiłem badanie w ośrodku, w którym badanie robią na miejscu (wcześniej robiłem w takich „zaocznych” - nasienie przechowują, albo robią „na odległość”). Badanie wyszło w porządku, z ponad 30% ruchliwością plemników.

W końcu lekarze zaczęli mówić: „Jest Pani młoda, ma bardzo duże szanse na (in vitro), poza tym jest jeszcze mozliwość na jego refundację”. Z przyczyn moralnych nie chcieliśmy iść w stronę zapłodnienia pozaustrojowego. Poza tym coraz bardziej dojrzewało w nas poczucie, że niepłodność jest związana z innymi problemami niż ginekologiczne. Udaliśmy się do Krakowa do naprotechnologa. Rzeczowa, długa wizyta (ok. 3h), skupiona na wywiadzie, ale poczuliśmy, że ktoś drąży temat. Wysłał nas na badania immunologiczne (m.in. MLR, ANA1). Wyniki nie były „antypłodne”. U swojego lokalnego gina żona wybłagała „jakieś” badanie, czyli laparoskopowe badanie drożności jajowodów... Wynik był tragiczny – mnóstwo zrostów w jamie brzusznej, jajowody niedrożne obustronnie. Kontrast śladowo przechodził przez jeden jajowód... Nasz naprotechnolog zaproponował chirurgiczne udrożnianie jajowodów licząc na przywrócenie sprawności szczególnie tego jednego, który miał jakikolwiek przepust. Zaproponował szpital w Policach (Szczecin)...

Z perspektywy czasu nieskromnie podziwiam żonę, ale i nas jako małżeństwo. To były trudne chwile, ale przede wszystkim wzmocniliśmy się pod każdym względem. Diagnoza skłoniła żonę do dwóch rzeczy – zdecydowała się na operację w Policach, a w międzyczasie w okresie postu przeszła na dietę dr Ewy Dąbrowskiej (dieta warzywno-owocowa, bez białka). Z końcem kwietnia wybraliśmy się na wyprawę na drugi koniec Polski, gdyż do Polic mieliśmy ok. 600km. Spędziliśmy tam tydzień. Dzień po operacji profesor zaprosił nas na rozmowę i zrelacjonował przebieg chirurgicznej interwencji. - „Zdecydowaliśmy się na otwarcie brzucha na podstawie Pani badania laparoskopowego niedrożności jajowodów. Po jego otwarciu stała się rzecz przedziwna. Nie ma Pani żadnych zrostów. Wszystko w brzuszku ma Pani w porządku, książkowo, jajowody drożne, zbadaliśmy też macicę. Przyczyna niepłodności tkwi gdzie indziej”. Byliśmy w szoku, pozytywnym. To było najlepsze, co mogło nas spotkać. Nie rozdrapywaliśmy tego. Powody drożności są dwa: albo cud, być może spowodowany wcześniej opisaną dietą, albo partactwo szpitala, w którym badanie było wykonywane. Wyjaśnimy to, nie żeby sądzić się ze szpitalem czy potwierdzać cuda, ale żeby pomóc innym…

Tak czy inaczej ciąży nie było jeszcze. Wróciliśmy do domu, pełni nadziei poszliśmy ścieżką diety dr Ewy Dąbrowskiej, która być może była zbawienna, a żona cieszyła się z jej dotychczasowych efektów (poprawa cery, brak wymiotów, niestrawności itp.). Żona zaczęła drążyć internetowo temat nietolerancji pokarmowych, metylacji. Inspirowała się m.in. Iwoną Wierzbicką – doświadczoną dietetyczką kliniczną i Ewą Dąbrowską - lekarzem. Na następną wizytę pojechaliśmy do dr Katarzyny Nowak od medycyny żywienia w Kielcach. Udaliśmy się razem, toż i ja zrobiłem sobie badania na nietolerancję pokarmową. Oboje mieliśmy wyniki robiące wrażenie. Żona dodatkowo zrobiła kilka dodatkowych badań (zleconych przez samą siebie). Okazało się, że mamy nietolerancję na nabiał, zboża, produkty glutenowe, ale też i drożdże, jaja… Przeszliśmy na dietę eliminacyjno– rotacyjną. Efekty widzieliśmy praktycznie od razu – lepsze samopoczucie, brak stałych dolegliwości, ogromna poprawa trawienia, ja zrzuciłem brzuszek praktycznie w dwa tygodnie… W międzyczasie udaliśmy się do instruktorki modelu Creightona (żona rozpoczęła obserwację), ale też do dr Bernadetty Milej (siostra Augustyna). Wrażenia rewelacyjne. Siostrę polecono ze względu na spore osiągnięcia w diagnozowaniu i leczeniu zaburzeń tarczycy, natomiast uderzył nas jej indywidualne podejście, serce, misyjność i wiedza. Z przeprowadzonych wcześniej na własną rękę badań wyszła u żony m.in. pierwotna nietolerancja laktozy. Dobór leków w takim przypadku musiał być szczególny – większość medykamentów zawiera ten składnik. Siostra tak umiejętnie dobierała leki, aby uwzględniać ich przyswajalność. To był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że wcześniejsze leki były przez żonę nietolerowane właśnie ze względu na wspomnianą laktozę – im więcej leków brała, tym gorzej się czuła. Teraz nie było żadnych tego typu problemów, choć po leki należało jeździć do Czech czy Włoch… Później jeszcze żona wykonała badanie na metylację, które wykryło mutację jednego z genów mogącego wpływać na wady genetyczne płodu i inne problemy zdrowotne. Z perspektywy czasu polecamy również to badanie, dało wiele wskazówek do dalszej diety, wskazań leczniczych w ciąży, przed nią i po niej.

Test ciążowy żona zrobiła w wigilię swoich urodzin w październiku. Poczęcie nastąpiło jeszcze we wrześniu, zdrowy synek urodził się w czerwcu. Byliśmy w szoku, że na efekty nie trzeba było w zasadzie tak długo czekać. Ciążę zawdzięczamy po troszkę wszystkiemu, co się wydarzyło w naszym życiu. Szczególnie dziękujemy Bożej Opatrzności, że nad nami czuwała i tak pokierowała. Najważniejszy czynnik ciążowy wg mnie w naszym przypadku to dieta. Leki mogły pobudzić niektóre funkcje owulacji, a moje witaminki podnieść jakość nasienia. Co więcej dodam, że dieta pomogła również mi. Wyleczyłem narastający uporczywy problem z zatokami (lekarze mówili, że leki przeciwhistaminowe będę brał do końca życia), zrzuciłem brzuszek (choć nie byłem gruby), wyregulowałem potliwość, a nawet… wyleczyłem staw skokowy…!

Podsumowując: Powodzenia!

Lidia i Kamil

O naprotechnologii usłyszeliśmy po raz pierwszy na pielgrzymce (wrzesień 2015) - zarówno od księdza, jak i od innych uczestników. Dziwili się oni dlaczego nie zaczęliśmy się jeszcze leczyć skoro od ponad roku nie możemy zajść w ciążę, a mieszkamy w Warszawie gdzie są tacy super specjaliści. Ja byłam wtedy bardzo negatywnie nastawiona ogólnie do leczenia i do lekarzy. Uważałam, że to Bóg pomaga niepłodnym parom i je uzdrawia, a nie lekarze.

Na pielgrzymce otrzymaliśmy słowo od Boga - obietnicę potomstwa mimo mojej niepłodności. Pełni radości zakładaliśmy, że słowo spełni się szybko. Mijały jednak miesiące i ciąży dalej nie było. W rozpaczy i utracie nadziei postanowiłam zapisać nas do lekarza naprotechnologa. Swoje leczenie zaczęliśmy od nauki modelu Creightona w Instytucie Rodziny. Już po pierwszym miesiącu obserwacji mojego cyklu okazało się, że faktycznie jestem niepłodna. Potem wizyta u lekarza. Wybraliśmy dr Katarzynę Jankowską. Zleciła szereg badań. Słabe wyniki zarówno moje (hormony poza normą, PCO, niepękające pęcherzyki) oraz męża (bardzo mała ilość i ruchliwość plemników) wyjaśniły skąd nasze problemy z poczęciem.

Ja dostałam zestaw leków na unormowanie hormonów i zastrzyki na pękanie pęcherzyków. Niestety mimo wypróbowania różnych leków pęcherzyki dalej nie pękały. Zdecydowałam się skonsultować swoje wyniki z innym lekarzem - dr Ślusarskim. Przyczynę mojego problemu znalazł od razu. Była nią endometrioza. Skierował mnie na operację laparoskopową w Chełmży u dr Baryły (marzec 2017). Po operacji pęcherzyki już bez problemu same pękały, ale HSG wykazało niedrożność lewego jajowodu. W czerwcu 2017 miałam zabieg udrożnienia jajowodów w Lublinie w Zakładzie Radiologii Zabiegowej. Dr Ślusarski zwrócił także uwagę na dietę i niskie poziomy witamin. Mąż natomiast został skierowany na operację usunięcia żylaków powrózka nasiennego metodą laparoskopową w Lubartowie u dr Dzierżaka (październik 2016). Po operacji jego wyniki poprawiły się. Pojawił się jednak wodniak pooperacyjny, który także ma negatywny wpływ na nasienie. Czeka męża zatem wkrótce kolejna operacja, po której mamy nadzieję będzie już tylko lepiej.

Cieszę się, że zdecydowaliśmy się skorzystać z Naprotechnologii. Nawet nie podejrzewaliśmy, że nasze ciała były tak chore. Na zewnątrz nic nie było widać. Mamy teraz większe szanse na zdrowe dzieci, które na pewno kiedyś się pojawią.