Wasze świadectwa oraz znajomych mi par
świadectwa znajomych par na temat naprotechnologii

Ania i Marcin

Przez całe życie wydawało mi się że nie potrzebuje zakładać rodziny. Najpierw ojciec zdradził mamę, potem brat zaczął nadużywać narkotyków a na koniec facet wykorzystał mnie na dyskotece. Obraziłam się na facetów a w instytucje małżeństwa nie wierzyłam. Stwierdziłam że stawiam na siebie. Żyłam tak dość długo w międzyczasie był jakiś związek w który nie do końca wierzyłam bo przecież „kolejny” który nie wspiera który nie kocha tak jak ja bym mogła. Byłam sama i było nawet ok. Lubiłam ten stan. Aż trafił się on. Mój obecny mąż pojawił się znienacka i raczej niechciany ;) Wtedy wszystko się zmieniło. Zobaczyłam że istnieje związek oparty na partnerstwie wzajemnym szacunku i przede wszystkim z ogromną miłością. Z jakiegoś wtedy nie znanego mi przeczucia bardzo naciskałam na szybki ślub. Starania o dziecko też zaczęliśmy chwilę wcześniej. Po niecałym roku starań zaczęłam szukać w internecie różnych informacji na temat leczenia niepłodności. Byłam już wtedy pod opieką ginekologa z Enelmedu jednak każda wizyta kończyła się cudowną sugestią aby się wyluzować i nie myśleć o tym to wtedy zaskoczy. Na FB znalazłam kilka grup kobiet starających się o dziecko. To był pierwszy przełom naszych starań. Zrozumiałam że faktycznie możemy mieć jakiś problem. Zapisałam nas do kliniki leczenia niepłodności. Poszukałam na grupie znalazłam miejsce z dobrymi opiniami lekarz też miał kilka pozytywnych rekomendacji więc zaczęliśmy. Klinika zleciła komplet podstawowych badań tj. hormony, tarczyca, amh, badanie nasienia. Wszystko w normie prócz prolaktyny. Lekarz zbagatelizował to i zalecił badanie drożności. Badanie drożności chciałam zrobić państwowo nawet udało mi się zorganizować je dość szybko. Jednak stała się rzecz ode mnie niezależna a mianowicie pandemia. Zabieg odwołano z możliwością umówienia jej ponownie w bliżej nie określonej przyszłości. Doszłam do wniosku że trochę nie ma na co czekać i jak tylko otworzyły się kliniki zrobiłam sonoHSG prywatnie. Badanie było bardzo bolesne. W dodatku obsługa która towarzyszyła temu badaniu była tak nieprzyjemna że czułam się jak numerek w szatni. Po badaniu lekarz powiedział że wszystko drożne i on może mi tylko zaproponować inseminacje. Ja po tym badaniu do kliniki nie chciałam już nigdy więcej wchodzić. Nigdy nie lubiłam wizyt u ginekologa ale ta była szczególna bo ból był ogromny a nikt się mnie nawet nie zapytał czy wszystko gra i czy może mi pomóc. Cały dzień przepłakałam. Wróciły źle wspomnienia z krzywdy którą doznałam jako nastolatka. Stwierdziłam że odpuszczam. Przygarnęliśmy psa co było najlepszą decyzją w tamtym momencie. Całą swoją miłość i uwagę przelałam na tę pannę. Kolejne pół roku minęło nam pod znakiem Bomby (imię mojej suni). Pewnie olali byśmy jakąkolwiek dalszą diagnostykę gdyby nie to że zdarzyło się jakieś krwawienie między miesiączkowe które nigdy nie miało miejsca. Lekarz ginekolog z tego słynnego Enelmedu zbagatelizowali temat ja czułam że coś jest nie tak ale nie miałam pomysłu gdzie się udać. Kolejnym punktem zwrotnym były testy ciążowe które robiłam z powodu braku miesiączki. W dniu spodziewanego okresu zrobiłam test. Śnieżnobiała biel więc doszłam do wniosku że należy olać temat. Ale okresu nie było kolejny tydzień. Postanowiłam zrobić test jeszcze raz. W aptece kupiłam paczkę z dwoma testami. Zrobiłam w pierwszej kolejności jeden i pokazała się baaaardzo blada kreska. Nie mogłam w to uwierzyć i postanowiłam zrobić również kolejny. Nieśmiała kreska znowu się pokazała. Kolejnego dnia poszłam od razu na betę. Zanim dostałam wyniki pojawiła się miesiączka ale beta wynosiła 3.8 co oznacza że coś się tam wydarzyło. Może jakaś ciąża biochemiczna. Wtedy postanowiłam że nie odpuszczę tak szybko. Zaczęłam dużo czytać o kobiecym cyklu i o staraniach aż natrafiłam na artykuł dziewczyny która diagnozowała się w różnych klinikach leczenia niepłodności kilka lat aż trafiła na instytut rodziny i tam dostała kompleksowa pomoc. Zapisałam się do lekarza u którego ona się leczyła. Facet w internecie nie miał żadnych opinii. Nie było o nim zbyt wiele w internecie. Trochę się obawiałam że to będzie kolejny naciągacz i kolejna stracona szansa. Ale powiedziałam sobie że dam mu szanse. Na wizycie byliśmy oboje z całą dokumentacją medyczną przygotowaną do tej pory. Facet każdą kartkę przeglądał z ogromną uwagą po czym zaczął recytować cały plan na najbliższe tygodnie. Zlecił całą masę badań dla mnie i dla mojego męża. Nastał dzień moich 30 urodzin które przeżywałam strasznie. Umówioną na ten dzień miałam wizytę u naszego naprotechnologa. No i stało się diagnoza hiperprolaktynemia, bakterie mykoplasma i ureoplasma, nietolerancja glutenu i na koniec rezerwa jajników na poziomie zdrowej czterdziestolatki. Myślałam że świat mi się zawali ale lekarz był cudowny. Zamiast zdołować tym wszystkim dał nadzieję i plan na wszystko. Tłumaczył, rozmawiał, pytał po raz pierwszy poczułam się zaopiekowana. Padła sugestia, że dobrym rozwiązaniem będzie laparoskopia bo lekarz ma podejrzenia o Endometriozę. Przy okazji sprawdzi co się w środku dzieje również pod kątem drożności jajowodów które wykonane metodą Sono (tj pianka wprowadzona w jajowody) było bardzo bolesne a samo w sobie nie jest najlepszą metodą diagnostyczna. Lekarz powiedział wprost że mamy opcje zrobienia tego prywatnie i na NFZ jednak na NFZ będę musiała czekać minimum 9 miesięcy. Przy moim niskim AMH ten czas jednak jest dość ważny. Zdecydowałam się na prywatny zabieg. Wizyta w szpitalu była całkiem przyjemna o dziwo. Lekarze i pielęgniarki naprawdę dbali o nasze dobre samopoczucie. Piszę nasze bo oczywiście poznałam inne staraczki które też przyszły na komercyjny zabieg. Ciężko było patrzeć na izbę przyjęć wypełnioną w połowie kobietami starającymi się o dziecko a w drugiej połowie w zaawansowanej ciąży. Z jednej strony pokazuje to skale problemu ale z drugiej strony też daje nadzieję. Napisałam to mojemu mężowi w smsie odpisał „niedługo Ty będziesz z brzuchem czekać na tej izbie przyjęć”. Nie mów nic czego nie możesz obiecać – taka była moja odpowiedź. Chyba wypowiedziałam to jako złą klątwę bo informacje po zabiegu były dla mnie szokiem. Projekcja był – endometrioza jest dramat i trzeba było wyciąć nie wiadomo co. Okazało się, że nie było jedno ognisko endometrialne które musieli wyciąć. Kilka skoagulowali ale generalnie bez tragedii. Nie mogło się obyć bez ALE. … ale okazało się że oba jajowody niedrożne. W pierwszej chwili chyba nie dotarło to do mnie. Jak doszłam do siebie i zrozumiałam co to znaczy. Nasza wspólna walka trwa już 2 lata. Niby długo ale wiem że wiele kobiet walczy jeszcze dłużej. Dla mnie kluczowe jest to że nie mam zbyt wiele czasu. Amh 0.8 to słaby wynik dla kobiety w wieku 30 lat. W szczególności że przez ostatni rok spadł o połowę. Jednak nie mamy ciśnienia. Cały czas czerpiemy radość z seksu. Mam szczęście że trafiłam na wspaniałego faceta. Gotowy jest wspierać mnie nawet jeśli nie będę w stanie dać mu dziecka. Zasugerował nawet adopcje dziecka co również bierzemy pod uwagę. In vitro odrzuciliśmy już na samym początku drogi. Jest wiele powodów. Pierwszy to że ja nie jestem w stanie znieść tak dużej ilości wizyt u ginekologa. Odbija się to bardzo na mojej psychice. Drugi powód to fakt że to tyle kosztuje. Mimo iż stać nas absolutnie na to aby za to zapłacić to nie godzę się na to aby posiadanie dziecka stało się dobrem luksusowym. Brakuje w tym kraju dobrej diagnostyki państwowej a do tego jakieś marne dofinansowanie do in vitro. Trzeci i chyba najważniejszy to taka mistyczna symbolika w naturalnym poczęciu. Owoc prawdziwej miłości. Taką zawsze miałam wizję że jak ludzie naprawdę się kochają to dane im będzie. Okazało się że nie jest to takie łatwe. Plan jest taki, że próbujemy udrożnić jajowody a po tym czasie dajemy sobie pół roku. Jeśli w tym czasie się nie uda żyjemy dalej. Sami we dwoje. Myślę, że można być szczęśliwym bez dziecka. Podróże, samorealizacja, rodzina i przyjaciele. To też daje mnóstwo spełnienia. Wszystkim kobietom które są na początku drogi sugeruje w pierwszej kolejności udać się do dobrego naprotechnologa. Ja trafiłam na bardzo uczciwego człowieka który wprost mówi jakie są szanse. Przedstawił wszystkie za i przeciw in vitro. Myślę że na początku diagnostyki to jest znacznie lepszy kierunek niż klinika niepłodności. Klinika jest mimo wszystko przedsiębiorstwem które ma na celu zarobek. Niestety najlepszy mają na in vitro więc nigdy nie będziesz miała pewności czy sugestia in vitro jest jedyną opcją czy próbą szybkiego zarobku. Smutne ale prawdziwe. Każdej dziewczynie życzę powodzenia. To najtrudniejsza sytuacja z którą przyszło mi się zmagać a trochę przeszłam w swoim życiu. Nie życzę największemu wrogowi tych przeżyć. Pewnie niepłodności nie unikniemy przynajmniej w pewnym odsetku ale życzę i sobie i pozostałym kobietom aby diagnostyka i dostęp do niej poprawił się w tym pochrzanionym kraju.

Ela i Adam

Naprotechnologia działa!

Dziękujemy Bogu, że spotkaliśmy na swej drodze doktora Wasilewskiego. Dzięki jego opiece medycznej udało się nam począć dziecko po 7 latach starań. Teraz jestem w 3 miesiącu ciąży. Wystarczył ponad rok leczenia w klinice Napromedica. Zastosowaliśmy się do obserwacji cyklu, do diety bezglutenowej i bezjajecznej/tak wynikało z nietolerancji pokarmowych igg, do lekarstw. Kolejnym etapem była laparoskopia z histerioskopią, która wykazała niedrożne jajowody i częściową przegrodę macicy. Potem odczekaliśmy miesiąc aby wszystko się zregenerowało i w kolejnym miesiącu zdarzył się cud poczęcia naszego dziecka. Dodam, że wcześniej też miałam robioną laparoskopię i dwie histerioskopie w innych miejscach i nikt nie dostrzegł tam częściowej przegrody macicy. Drożność jajowodów też miałam robioną pod rtg parę lat temu i niby było ok a ciąży nie było. Chwała Panu, że jeszcze jest taki lekarz i klinika, która nie stosuje ani in-vitro ani inseminacji tylko po prostu leczy niepłodność z jakże pozytywnym skutkiem. Ostatnio przypadkiem dowiedziałam się, że moje dwie kuzynki również leczyły się u doktora i jedna już urodziła a druga za dwa miesiące.

Małżeństwo z Kielecczyzny

Warto szukać przyczyn niepłodności

Staraliśmy się o dziecko po 3 rocznicy ślubu. Wcześniej skupiliśmy się na wykończeniu domu, stabilizacji zawodowej, leczeniu dolegliwości żołądkowych i dermatologicznych (trądzik) żony, ale też stabilizacji emocjonalnej i po prostu - na nacieszeniu się sobą nawzajem. Decyzja o staraniu się o dziecko nie była podyktowana zrealizowaniu wszystkich wyżej wymienionych celów młodego małżeństwa. Raczej świadomością, że czas nas nagli – żona zbliżała się do 29 urodzin, ja skończyłem 30.

W zasadzie już po kilku miesiącach było troszeczkę nerwów – dlaczego nie wychodzi. Żona przeczuwała, że coś jest nie tak, że to powiązane jest z jej trądzikiem i problemami żołądkowymi (częste wymioty, niestrawność, bóle głowy), których lekarze nie potrafią wyleczyć. W sumie ginekologicznie i endokrynologicznie wszystko było książkowo. Od kilku lat była pod kontrolą lekarzy, leczyła się m.in. na cysty na jajnikach, ale też brała retinoidy (na trądzik). Tym samym była zmuszona do zażywania środków hormonalnych (stosowanych również jako antykoncepcyjne).

Chcąc włożyć swoją cegiełkę do diagnozy naszych problemów, zrobiłem badanie nasienia. Szału nie było. Przede wszystkim była zbyt niska ruchliwość plemników (A i B ok. 10%). Poczułem, że problem tkwi we mnie. Badania dodatkowe na obecność bakterii wyszły jednak optymistycznie – wymaz z cewki, ani późniejszy posiew nasienia nie wykazał niczego niepokojącego. Choć z drugiej strony badanie nasienia niewiele się poprawiło po kuracji „witaminkowo-odzieżowej” (cynk, przewiewna odzież, komórka poza kieszenią spodni itp.). Owszem – poprawiła się znacząco liczba plemników, ale ruchliwość niewiele. Po czasie mogę powiedzieć, że radziłbym chłopakom robić badanie nasienia w dwóch niezależnych ośrodkach. Po półtora roku zrobiłem badanie w ośrodku, w którym badanie robią na miejscu (wcześniej robiłem w takich „zaocznych” - nasienie przechowują, albo robią „na odległość”). Badanie wyszło w porządku, z ponad 30% ruchliwością plemników.

W końcu lekarze zaczęli mówić: „Jest Pani młoda, ma bardzo duże szanse na (in vitro), poza tym jest jeszcze mozliwość na jego refundację”. Z przyczyn moralnych nie chcieliśmy iść w stronę zapłodnienia pozaustrojowego. Poza tym coraz bardziej dojrzewało w nas poczucie, że niepłodność jest związana z innymi problemami niż ginekologiczne. Udaliśmy się do Krakowa do naprotechnologa. Rzeczowa, długa wizyta (ok. 3h), skupiona na wywiadzie, ale poczuliśmy, że ktoś drąży temat. Wysłał nas na badania immunologiczne (m.in. MLR, ANA1). Wyniki nie były „antypłodne”. U swojego lokalnego gina żona wybłagała „jakieś” badanie, czyli laparoskopowe badanie drożności jajowodów... Wynik był tragiczny – mnóstwo zrostów w jamie brzusznej, jajowody niedrożne obustronnie. Kontrast śladowo przechodził przez jeden jajowód... Nasz naprotechnolog zaproponował chirurgiczne udrożnianie jajowodów licząc na przywrócenie sprawności szczególnie tego jednego, który miał jakikolwiek przepust. Zaproponował szpital w Policach (Szczecin)...

Z perspektywy czasu nieskromnie podziwiam żonę, ale i nas jako małżeństwo. To były trudne chwile, ale przede wszystkim wzmocniliśmy się pod każdym względem. Diagnoza skłoniła żonę do dwóch rzeczy – zdecydowała się na operację w Policach, a w międzyczasie w okresie postu przeszła na dietę dr Ewy Dąbrowskiej (dieta warzywno-owocowa, bez białka). Z końcem kwietnia wybraliśmy się na wyprawę na drugi koniec Polski, gdyż do Polic mieliśmy ok. 600km. Spędziliśmy tam tydzień. Dzień po operacji profesor zaprosił nas na rozmowę i zrelacjonował przebieg chirurgicznej interwencji. - „Zdecydowaliśmy się na otwarcie brzucha na podstawie Pani badania laparoskopowego niedrożności jajowodów. Po jego otwarciu stała się rzecz przedziwna. Nie ma Pani żadnych zrostów. Wszystko w brzuszku ma Pani w porządku, książkowo, jajowody drożne, zbadaliśmy też macicę. Przyczyna niepłodności tkwi gdzie indziej”. Byliśmy w szoku, pozytywnym. To było najlepsze, co mogło nas spotkać. Nie rozdrapywaliśmy tego. Powody drożności są dwa: albo cud, być może spowodowany wcześniej opisaną dietą, albo partactwo szpitala, w którym badanie było wykonywane. Wyjaśnimy to, nie żeby sądzić się ze szpitalem czy potwierdzać cuda, ale żeby pomóc innym…

Tak czy inaczej ciąży nie było jeszcze. Wróciliśmy do domu, pełni nadziei poszliśmy ścieżką diety dr Ewy Dąbrowskiej, która być może była zbawienna, a żona cieszyła się z jej dotychczasowych efektów (poprawa cery, brak wymiotów, niestrawności itp.). Żona zaczęła drążyć internetowo temat nietolerancji pokarmowych, metylacji. Inspirowała się m.in. Iwoną Wierzbicką – doświadczoną dietetyczką kliniczną i Ewą Dąbrowską - lekarzem. Na następną wizytę pojechaliśmy do dr Katarzyny Nowak od medycyny żywienia w Kielcach. Udaliśmy się razem, toż i ja zrobiłem sobie badania na nietolerancję pokarmową. Oboje mieliśmy wyniki robiące wrażenie. Żona dodatkowo zrobiła kilka dodatkowych badań (zleconych przez samą siebie). Okazało się, że mamy nietolerancję na nabiał, zboża, produkty glutenowe, ale też i drożdże, jaja… Przeszliśmy na dietę eliminacyjno– rotacyjną. Efekty widzieliśmy praktycznie od razu – lepsze samopoczucie, brak stałych dolegliwości, ogromna poprawa trawienia, ja zrzuciłem brzuszek praktycznie w dwa tygodnie… W międzyczasie udaliśmy się do instruktorki modelu Creightona (żona rozpoczęła obserwację), ale też do dr Bernadetty Milej (siostra Augustyna). Wrażenia rewelacyjne. Siostrę polecono ze względu na spore osiągnięcia w diagnozowaniu i leczeniu zaburzeń tarczycy, natomiast uderzył nas jej indywidualne podejście, serce, misyjność i wiedza. Z przeprowadzonych wcześniej na własną rękę badań wyszła u żony m.in. pierwotna nietolerancja laktozy. Dobór leków w takim przypadku musiał być szczególny – większość medykamentów zawiera ten składnik. Siostra tak umiejętnie dobierała leki, aby uwzględniać ich przyswajalność. To był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że wcześniejsze leki były przez żonę nietolerowane właśnie ze względu na wspomnianą laktozę – im więcej leków brała, tym gorzej się czuła. Teraz nie było żadnych tego typu problemów, choć po leki należało jeździć do Czech czy Włoch… Później jeszcze żona wykonała badanie na metylację, które wykryło mutację jednego z genów mogącego wpływać na wady genetyczne płodu i inne problemy zdrowotne. Z perspektywy czasu polecamy również to badanie, dało wiele wskazówek do dalszej diety, wskazań leczniczych w ciąży, przed nią i po niej.

Test ciążowy żona zrobiła w wigilię swoich urodzin w październiku. Poczęcie nastąpiło jeszcze we wrześniu, zdrowy synek urodził się w czerwcu. Byliśmy w szoku, że na efekty nie trzeba było w zasadzie tak długo czekać. Ciążę zawdzięczamy po troszkę wszystkiemu, co się wydarzyło w naszym życiu. Szczególnie dziękujemy Bożej Opatrzności, że nad nami czuwała i tak pokierowała. Najważniejszy czynnik ciążowy wg mnie w naszym przypadku to dieta. Leki mogły pobudzić niektóre funkcje owulacji, a moje witaminki podnieść jakość nasienia. Co więcej dodam, że dieta pomogła również mi. Wyleczyłem narastający uporczywy problem z zatokami (lekarze mówili, że leki przeciwhistaminowe będę brał do końca życia), zrzuciłem brzuszek (choć nie byłem gruby), wyregulowałem potliwość, a nawet… wyleczyłem staw skokowy…!

Podsumowując:
  • Naprotechnologia to po prostu normalne leczenie ludzi, które powinno być wzorem. To szukanie przyczyn niepłodności, a nie tylko objawów – braku poczęcia. Zbyt mało lekarzy ma to podejście. Także w innych dziedzinach medycyny (patrz – moje zatoki).
  • Przeciętni ginekolodzy, podobnie jak inni lekarze specjalizujący się w swoich dziedzinach, pacjentów traktują szablonowo. Im więcej możliwości szablonowego podejścia, tym lepsza kasa i spokojna głowa. Najlepiej za 5 minut wizyty na przepisanie tabletek antykoncepcyjnych wziąć stówę. Łatwa kasa. Leczyć parę z niezdiagnozowaną przyczyną niepłodności to już jakiś wysiłek, a kasa żadna, bo w przypadku nieskuteczności pacjent niezadowolony i opinia zła. Niech dają tysiące zł i idą do kliniki in vitro.
  • Niezwykle ważna jest dieta w naszym życiu. Nie spodziewałem się, że kiedyś będę wypisywał takie tezy. Z drugiej strony trzeba brać pod uwagę też jej dobre zrównoważone stosowanie. Żona świetnie znosiła ciążę – optymalna waga, niewielki brzuszek (waga dziecka ok.), aktywna, dobry humor, brak tradycyjnych dolegliwości ciążowych… Najprawdopodobniej na samym końcu ciąży podczas wizyty przedporodowej w szpitalu odstawienie niektórych suplementów diety, lub ziół wpłynęło na zapalenie żył. To powikłanie w obliczu naszej dzisiejszej wiedzy jest jednak niczym. A przy tym modlitwa, która w ostatnich tygodniach nam towarzyszy: „Jezu, Ty się tym zajmij!”.
  • Róbcie badania w dwóch niezależnych ośrodkach, najlepiej robiących je u własnych laborantów na miejscu. Wysyłkowe, internetowa ocena nasienia czy inne badania mogą być po prostu nieprecyzyjne.
  • Nie lekceważcie innych dolegliwości zdrowotnych, choć typowo niezwiązanych z ciążą. Być może organizm broni się przez ciążą właśnie z innych powodów niż ginekologiczne.
Powodzenia!

Lidia i Kamil

O naprotechnologii usłyszeliśmy po raz pierwszy na pielgrzymce (wrzesień 2015) - zarówno od księdza, jak i od innych uczestników. Dziwili się oni dlaczego nie zaczęliśmy się jeszcze leczyć skoro od ponad roku nie możemy zajść w ciążę, a mieszkamy w Warszawie gdzie są tacy super specjaliści. Ja byłam wtedy bardzo negatywnie nastawiona ogólnie do leczenia i do lekarzy. Uważałam, że to Bóg pomaga niepłodnym parom i je uzdrawia, a nie lekarze.

Na pielgrzymce otrzymaliśmy słowo od Boga - obietnicę potomstwa mimo mojej niepłodności. Pełni radości zakładaliśmy, że słowo spełni się szybko. Mijały jednak miesiące i ciąży dalej nie było. W rozpaczy i utracie nadziei postanowiłam zapisać nas do lekarza naprotechnologa. Swoje leczenie zaczęliśmy od nauki modelu Creightona w Instytucie Rodziny. Już po pierwszym miesiącu obserwacji mojego cyklu okazało się, że faktycznie jestem niepłodna. Potem wizyta u lekarza. Wybraliśmy dr Katarzynę Jankowską. Zleciła szereg badań. Słabe wyniki zarówno moje (hormony poza normą, PCO, niepękające pęcherzyki) oraz męża (bardzo mała ilość i ruchliwość plemników) wyjaśniły skąd nasze problemy z poczęciem.

Ja dostałam zestaw leków na unormowanie hormonów i zastrzyki na pękanie pęcherzyków. Niestety mimo wypróbowania różnych leków pęcherzyki dalej nie pękały. Zdecydowałam się skonsultować swoje wyniki z innym lekarzem - dr Ślusarskim. Przyczynę mojego problemu znalazł od razu. Była nią endometrioza. Skierował mnie na operację laparoskopową w Chełmży u dr Baryły (marzec 2017). Po operacji pęcherzyki już bez problemu same pękały, ale HSG wykazało niedrożność lewego jajowodu. W czerwcu 2017 miałam zabieg udrożnienia jajowodów w Lublinie w Zakładzie Radiologii Zabiegowej. Mąż natomiast został skierowany na operację usunięcia żylaków powrózka nasiennego metodą laparoskopową w Lubartowie u dr Dzierżaka (październik 2016). Po operacji jego wyniki poprawiły się. Pojawił się jednak wodniak pooperacyjny, który także miał negatywny wpływ na nasienie. Mąż musiał przejść kolejną operację (wrzesień 2017), po której powinna nastąpić jeszcze większa poprawa parametrów nasienia. Jednocześnie zdecydowaliśmy się skonsultować z lekarzem od medycyny św. Hildegardy. Pani doktor Stępińska zwróciła uwagę na moje problemy trawienne, z cerą oraz zimne dłonie i ręce. Zaleciła specjalną dietę. Po roku od operacji wodniaka mąż udał się na konsultacje do androloga dr Marcina Radko. Doktor zastosował kurację hormonalną i suplementy diety. Po trzech miesiacach okazało się, że wyniki męża uległy ogromnej poprawie (ruchliwość wzrosła z 5 do 42%). Po krótkim czasie od tamtego badania udało się nam zajść w ciążę.

Cieszę się, że zdecydowaliśmy się skorzystać z Naprotechnologii. Nawet nie podejrzewaliśmy, że nasze ciała były tak chore. Na zewnątrz nic nie było widać.